SZUKAJCIE A ZNAJDZIECIE

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zryte Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zryte Recenzje. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lutego 2015

ZRYTE RECENZJE VOL.14: Odcięte głowy trzymane w lodówce, czyli o filmie "Głosy" słów kilka.

Przyznam, że nie spodziewałem się, że ten dzień nastąpi tak szybko. Oto przychodzi mi zrecenzować Wam pierwszy w pełni patronowany przez blog Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno film "Głosy" (premiera już 27.02!), którego polskim dystrybutorem jest Rebel Rebel (mają na swoim koncie promocję zeszłorocznego "Gościa", "Łowcy trolli"  i kultowej "Morderczej opony"). Oni zaufali mi, ja zaufałem im i tym samym na plakacie pojawiło się logo jakże lubianej przez Was strony. Pierwsze sygnały na temat tego dzieła napawały mnie ciekawością ale i nieufnością - Ryan Reynolds nie jawił mi się nigdy jako wielce wszechstronny aktor, Gemma Arterton i Anna Kendrick wciąż wrabiają sobie pozycję w światku filmowym i pojawiają się nie zawsze w produkcjach wysokich lotów, najbardziej przemówiła do mnie postać reżyserki Marjane Satrapi, która dała światu znakomite "Persepolis" i "Kurczaka ze śliwkami". Jak się okazało po seansie Rebel Rebel idealnie trafiło w mój gust, a film przy odpowiednim nastawieniu nie dość, że może zryć banię to jeszcze zmusić do solidnej refleksji. Jakiej? Cóż, pozostaje Wam się wgryźć w dalszą część tekstu. 

Bardzo lubię Jerry'ego. Mam z nim tylko jeden problem - jest mordercą i schizofrenikiem.

poniedziałek, 16 lutego 2015

ZRYTE RECENZJE VOL.13: Z tych nasionek wyrósł dobry kryminał, czyli o filmie "Ziarno prawdy" słów kilka.

Ostatnio o panu Miłoszewskim (także autorze scenariusza) zrobiło się głośno z co najmniej trzech powodów: jego ostatnia książka pod tytułem "Gniew" okazała się nie lada sukcesem wydawniczym, autor odebrał niedawno Paszport Polityki, śląc przy tym cierpkie słowa pod adresem obecnych na gali rozdania polityków, a kulminacyjnym pretekstem do rozmów o pisarzu stała się premiera "Ziarna prawdy", drugiej adaptacji jego prozy, po niezbyt udanym "Uwikłaniu" z 2011 roku. Wychodzi na to, że Sandomierz to taki polski odpowiednik amerykańskich miast, w których dochodzi do największych i najbardziej makabrycznych zbrodni, to tutaj bowiem autor usytuował całą intrygę, której z bliska przygląda się zimny jak głaz prokurator Teodor Szacki. Wychodzi też na to, że pan Borys Lankosz wyczuł klimat klasycznego czarnego kryminału i nie spoczął na laurach po znakomitym "Rewersie" z 2009. Książki co prawda jeszcze nie czytałem, więc nie będę z nią filmu porównywać, ale jeśli jest jeszcze mroczniejsza niż film (w co szczerze wierzę) to obiecuję, że nadrobię. Zresztą jeśli nie będę się w stanie sam do tego zmusić, to prędzej czy później przekona mnie do tego twarz Roberta Więckiewicza zerkająca z okładki książki w każdej możliwej księgarni. Akcja marketingowa w przypadku tego tytułu stanowczo robi swoje, a na "Ziarno prawdy" uderza do kin zadowalająca ilość osób o czym przekonałem się podczas wyświetlania w moim mieście w ramach objazdowego Kina Orange. Dobra, dość już tego przydługiego wstępu, pozwólcie, że przejdę do fabuły. 

Tego pana raczej nie polubicie. Ale nie przejmujcie się, on siebie samego zapewne też nie lubi.

sobota, 14 lutego 2015

ZRYTE RECENZJE VOL 12: Pięćdziesiąt powodów, dla których nie ma sensu oglądać "Pięćdziesięciu twarzy Greya".

OKEJ moi drodzy. Wygraliście. Pomad 150 osób na fanpage chciało przeczytać recenzję "najbardziej oczekiwanej premiery tego roku" czy jakoś tak. Z tytułu recenzji możecie wywnioskować, że mi się nie podobało. Z tytułu tej recenzji możecie wywnioskować, że podam Wam 50 powodów by tego "dzieła" nie oglądać. By nie marnować swoich  dwóch cennych  godzin życia (i czterech minut! W tym czasie można całkiem sporo zrobić) na oglądanie ekranizacji opowieści tak niskiego sortu, że powinna leżeć gdzieś między harlekinami, a książką telefoniczną. W postrzeganiu tego "fenomenu" pomaga geneza jego powstania: "Grey" jest przerobionym fanfikiem "Zmierzchu" (dla niewtajemniczonych: opowieść bazująca na danej historii napisana przez fanatyka serii często erotyczna, w tym przypadku za punkt wyjścia posłużyły figle Edka i Belli), która to powieść jest przetoporna i właściwie opowiada o niczym. Tymczasem stoicie przed możliwością zobaczenia bardzo złego filmu na podstawie bardzo złej książki, w której to bohaterowie mizdrzą się do siebie mając miny srających w puszczy kotów. Naprawdę chcecie oglądać produkcję, w której bohaterowie są tak płascy i stereotypowi, że powinni unosić się od podmuchu najsłabszego wiaterku? Naprawdę chcecie obejrzeć filmiszcze, do którego nie przyznaje się środowisko BDSM-owskie, uważając za kłamliwe i płytkie, w najlepszym wypadku nieplanowanie śmieszne? Pozwólcie, że podzielę się z Wami 50 powodami do odpuszczenia sobie seansu. Pozwólcie, że będę się trzymać bezczelnej wersji, że ten tekst jest recenzją, tak jak utrzymuje się, że "Pisiąt tfarzy" jest literaturą, a jego adaptacja melodramatem. Zapraszam do czytania!


"Stwierdziłem, że to co się między nami dzieje nie ma sensu. Za chwilę po prostu wyjebię Cię przez okno"

sobota, 24 stycznia 2015

ZRYTE RECENZJE VOL.11: Popularność to tylko marna kuzynka prestiżu, czyli o filmie "Birdman" słów kilka.

Alejandro González Iñárritu przyzwyczaił nas do nieco innej narracji swoich filmów i ciężkiej, dusznej tematyki pielęgnowanej w "Amores Perros", "21 gramach" czy "Babel". Wszystkie te filmy były cegiełkami budującymi karierę tego meksykańskiego twórcy, w sierpniu zeszłego roku zdolniacha dołożył kolejną uderzając z zupełnie innej,  nieco bardziej komediowej flanki. Nie jest to jednak film, na którym można się brechtać non stop, Keaton nie gra postaci w jakikolwiek sposób podobnej do Żukosoczka czy Batmana, a cały humor wynika z sytuacji piętrzących się między bohaterami i stopnia ich zażyłości. No i od aktywności Birdmana, tkwiącego w głowie Riggana Thomsona, agresywnego alter ego bohatera odzianego w kostium jego roli życia. Trailer może zwodzić i sugerować film o czymś zupełnie innym niż jest, i bardzo dobrze, jeśli część widzów da się nabrać to pójdzie na najlepszą, moim zdaniem rzecz jasna, ucztę ostatnich miesięcy. Dlaczego? Odpowiedź macie poniżej. 

"Birdman" udowadnia starą życiową prawdę, że sukces jest ulotny, popularność z dnia na dzień może przeminąć, a odbudowywanie nadszarpniętej reputacji może stać się niezdrową obsesją.

czwartek, 22 stycznia 2015

ZRYTE RECENZJE VOL.10: Konstrukcja mikrokosmosu, czyli o filmie "Wyspa kukurydzy" słów kilka.

Przeciętny zjadacz chleba raczej nie przepada za tego typu kinem. Traktując filmy jako źródło rozrywki może uznać "Wyspę kukurydzy" za zwyczajnie nudną i o niczym. W gruzińskim kandydacie do Oscara (jak już wiadomo nie zdobył nominacji w oczekiwanej kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego) dzieje się bowiem niewiele, słychać zresztą też nie za dużo, bohaterowie bowiem prawie zupełnie ze sobą nie rozmawiają. Nie jest to dzieło dla każdego, ale uważny, wprawiony kinoman, szczególnie zakochany w kinie niezależnym znajdzie w nim całkiem sporo dla siebie. Także jeśli liczycie na górnolotne dialogi, wartką akcję, seks wielką przemoc i grubsze filozoficzne rozkminy to sobie darujcie. Jeśli natomiast lubicie dzieła oferujące piękne widoki, techniczne dopracowanie i przede wszystkim metafory odnoszące się do życia każdego bez wyjątku człowieka to śmiało kontynuujcie czytanie tego tekstu. 

Film oferuje naprawdę piękne zdjęcia i bardzo dobry montaż. Sama historia jest tu pretekstem do wyłapywania prostych acz skutecznych metafor na temat naszego życia.

środa, 21 stycznia 2015

ZRYTE RECENZJE VOL.9: Beztalencia grają w zespołach rockowych, czyli o filmie "Whiplash" słów kilka.

Nad fenomenem tego dzieła będą się ludziska głowić jeszcze długie, długie miesiące. Oto bowiem rozgłos nielichy, bo aż pięcioma nominacjami do Oscara uzyskała historia dziejąca się w świecie właściwie dwóch ludzi. Utalentowanego perkusisty Andrewa (Miles Teller) i jego niezrównoważonego nauczyciela Fletchera (J. K. Simmons). Między uczniem a mistrzem sypią się przez cały seans iskry, uderzają wzajemnie w swoje najczulsze punkty, prowokują się i drą ze sobą przysłowiowe koty. A świadkiem tego pojedynku jest widz, który w zależności od przyjętej perspektywy odnajdzie w tym dziele pożywkę dla ciała i duszy lub zupełnie nie pojmie fenomenu produkcji. Pozwólcie, że bliżej przyjrzę się małemu wielkiemu filmowi, który narozrabiał i namącił w głowach niejednemu kinomaniakowi. 

Niby nie jest to thriller, a iskry się sypią, krew bryzga, pot cieknie a łza poleci.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

ZRYTE RECENZJE VOL.8: Wirtualna zabawa w kotka i myszkę, czyli o filmie "Who Am I" słów kilka.

Zacznę od tego, że nie zamierzam się zastanawiać nad wiarygodnością przedstawionych w filmie sytuacji. Nie znam się na hakerstwie, nie będę poddawać autentyczności sposobów jakie stosowali bohaterowie "Who Am I" do włamywania się do sieci i odwalania tych wszystkich zabawnych akcji. Od tego są specjaliści, którzy znają się na tym lepiej i za pewne w zależności od ich punktu widzenia będą obniżać lub podwyższać ocenę dzieła producentów "Życia na podsłuchu". Opowiem Wam za to jak się bawiłem obserwując nawiązania do klasycznych już filmów i  podpowiem czy cała historia ma ręce i nogi i czy warto się udać do kina. W końcu o "Whiplashu", "Birdmanie" czy "Grze tajemnic" wszyscy już wiedzą bo to wielkie produkcje, a o "Who Am I" mało kto jeszcze słyszał, mimo, że polska premiera była 9 stycznia. Biorąc pod uwagę, że to film, który z miejsca trafił do kin studyjnych tym bardziej warto bym o nim napisał, także zapraszam do czytania! 

Benjamin jest symbolem człowieka - ducha, tak w realu jak i w sieci. Film "podpowiada" nam odwieczną prawdę, że w sieci nikt nie jest anonimowy, w pełni bezpieczny i co najbardziej przerażające przez nikogo niepożądanego nieobserwowany.

poniedziałek, 10 listopada 2014

ZRYTE RECENZJE VOL.6: Jak trudno jest być Polakiem, czyli o filmie "Obywatel" słów kilka.

Zauważyłem, że film ten nie cieszy się zbytnim uznaniem wśród widowni i krytyków. Mówią, że Stuhr się zestarzał, że klepki mu powypadały i, że poglądy, które przemycił do "Obywatela" są wybitnie antypolskie. Mówią, mówią, mówią, niech mówią, ja swoje widziałem. A widziałem film dobry, po prostu dobry, nie powalający na kolana humorem, nie pozostawiający w głowie widza wiekopomnych dialogów, ale sprytnie posklejany ze stereotypów na temat Polaków, celujący ostrzem satyry zarówno w nasze przywary jak i tych, którzy je nam wytykają. Przed Wami krótka relacja z życia Jana Bratka, faceta tak pechowego, że aż zęby bolą. 

Oj, nie jesteśmy gotowi na filmy przedstawiające nasz kraj w aż tak krzywym zwierciadle. 

niedziela, 9 listopada 2014

ZRYTE RECENZJE VOL.5: Kosmiczno-fizyczno-uczuciowy mindfuck, czyli o filmie "Interstellar" słów kilka.

Christopher Nolan lubi przesadę, przepych i patos, tym razem trzy razy "p" zastosował bez umiaru serwując niemal trzygodzinną podróż przez Symbole, Zjawiska, Uczucia, Wymiary, Grawitację i Czas, przede wszystkim Czas. Zaznaczę od razu, że po obejrzeniu tego filmu widzowie podzielą się na kilka obozów, w pierwszym będą znajdować się będą Ci, którzy zarzucą nowemu dziełu twórcy trylogii Batmana płytkość, przewidywalność i manieryczność, w drugim zachwyceni formą i efektami specjalnymi nie do końca przekonani co do treści filmu, ale nie krytykujący go jakoś zawzięcie, w trzecim zaś Ci, którzy łykną całość bez popity i uznają "Interstellar" za jeden z najlepszych filmów w tym roku. Jako, że nalezę do osób świadomie dających się wciągnąć w filmowe banały, lubiącą zwykła, trafiającą do szarego odbiorcy symbolikę, wydaję się najbardziej pasować do grupy trzeciej, choć pewne wady rzecz jasna zauważyłem. Jednego jestem pewien na 100 procent - warto się udać do kina by wyrobić sobie własne zdanie i zobaczyć ogrom pracy włożony w produkcję. Pod względem wykonawczym to prawdziwy sztos. 

"Interstellar" to wizualny sztos. Dla jednych piękne widoki będą jedynie maskowaniem "banalnej" fabuły, dla innych uzupełnieniem manifestem nolanowskiej wyobraźni i geniuszu. 

piątek, 24 października 2014

ZRYTE RECENZJE VOL.4: Nigdy nie otwieraj nieznajomym, czyli o filmie "Gość" słów kilka (2014, reż. Adam Wingard)

Jak często oglądacie filmy tak złe, że aż dobre? Wiecie, takie co to nie mają nie wiadomo jak złej fabuły, ale wykonanie daje wiele do życzenia, aktorzy momentami perfidnie udają, że grają, a film jako całość nie ma zbyt dużej wartości lecz bawi w zaskakująco przyjemny sposób? Taki jest właśnie wchodzący do kin "Gość", który trąci po części tanim kinem sensacyjnym, niezbyt ambitnym thrillerem i w tym przypadku nawet nieco grindhousem. A jednak jest w tej halloweenowej propozycji coś wciągającego i ujmującego. Film nie dość, że wchodzi do kin 31.10 to jeszcze na ekranie zobaczycie zawzięte wydrążanie dyni, i finałową sekwencję dziejącą się przed dyskoteką z okazji wiadomego "święta". 

David nie jest Davidem, nie jest też do końca człowiekiem. Jest za to intrygującym, dziwnym typem.

środa, 8 października 2014

ZRYTE RECENZJE VOL.2: Raining blood, czyli o filmie "Miasto 44" słów kilka (2014, reż. Jan Komasa)

W moim mieście nie ma kina. "Miasto 44" miałem przyjemność zobaczyć dzięki objazdowemu kinu Orange, które raz na jakiś czas zalicza trip po kraju i dociera do miasteczek, w których jest więcej Biedronek niż powinno być. Sala była przepełniona i musiałem sobie skombinować krzesełko. Kiedy już skończył się komentarz aktorów na temat kręcenia filmu i pozdrawianie widzów dopełniony przebłyskami logosów wszystkich sponsorów, zaczął się jeden z ciekawiej skleconych filmów polskich jakie przyszło mi ostatnio oglądać. Komasa postawił bowiem na momentami dość teledyskową formułę, chciał połączyć nowoczesność, która przyciągnie do kina młodych oraz dać do zrozumienia sceptykom, że chce swoim dziełem złożyć hołd powstańcom. Mając na uwadze, że ten pan popełnił kontrowersyjną, przez jednych uwielbianą, przez innych obrzucaną błotem "Salę samobójców" podchodziłem do filmu z rezerwą. Seans okazał się momentami przydługi, ale wciągający, film nie koloryzował niczego i pokazał mi piekło wojny w zmodernizowanej formule. 

Alicja ("Biedronka") i Stefan teoretycznie są głównymi bohaterami filmu, jednak dla mnie pierwsze skrzypce gra tu po prostu powstanie. 

sobota, 4 października 2014

ZRYTE RECENZJE VOL.1: Świat zamknięty w kwadracie, czyli o filmie "Mama" słów kilka (2014, reż. Xavier Dolan).

Dostałem możliwość obejrzenia filmu "Mama" na ponad dwa tygodnie przed premierą. Przez ładnych kilka lat kino Xaviera Dolana zdążyło okrzepnąć, jego filmy stały się już charakterystyczne, przekształcane przez niego elementy od czasu "Zabiłem swoją matkę" pojawiają się i w tym dziele, które jest kameralnym dramatem właściwie trojga bohaterów. Widz bardzo łatwo da się wciągnąć w opowiedzianą w nim historię, które dzieje się w fikcyjnej Kanadzie roku 2015 gdzie w życie weszła ustawa o możliwości oddania dziecka sprawiającego kłopoty wychowawcze do ośrodka wychowawczego bez żadnych prawnych ceregieli. Przychodzisz, podpisujesz papier i masz nieznośnego bachora z głowy. Ciekawy punkt wyjścia biorąc pod uwagę, że bohaterami są matka, jej syn i sąsiadka, prawda? 

Piękna Anne Dorval już nie raz pojawiała się w filmach Dolana. Jej Die jest jedną z najciekawszych matek, jakie ostatnio widziałem na ekranie.