OKEJ moi drodzy. Wygraliście. Pomad 150 osób na fanpage chciało przeczytać recenzję "najbardziej oczekiwanej premiery tego roku" czy jakoś tak. Z tytułu recenzji możecie wywnioskować, że mi się nie podobało. Z tytułu tej recenzji możecie wywnioskować, że podam Wam 50 powodów by tego "dzieła" nie oglądać. By nie marnować swoich dwóch cennych godzin życia (i czterech minut! W tym czasie można całkiem sporo zrobić) na oglądanie ekranizacji opowieści tak niskiego sortu, że powinna leżeć gdzieś między harlekinami, a książką telefoniczną. W postrzeganiu tego "fenomenu" pomaga geneza jego powstania: "Grey" jest przerobionym fanfikiem "Zmierzchu" (dla niewtajemniczonych: opowieść bazująca na danej historii napisana przez fanatyka serii często erotyczna, w tym przypadku za punkt wyjścia posłużyły figle Edka i Belli), która to powieść jest przetoporna i właściwie opowiada o niczym. Tymczasem stoicie przed możliwością zobaczenia bardzo złego filmu na podstawie bardzo złej książki, w której to bohaterowie mizdrzą się do siebie mając miny srających w puszczy kotów. Naprawdę chcecie oglądać produkcję, w której bohaterowie są tak płascy i stereotypowi, że powinni unosić się od podmuchu najsłabszego wiaterku? Naprawdę chcecie obejrzeć filmiszcze, do którego nie przyznaje się środowisko BDSM-owskie, uważając za kłamliwe i płytkie, w najlepszym wypadku nieplanowanie śmieszne? Pozwólcie, że podzielę się z Wami 50 powodami do odpuszczenia sobie seansu. Pozwólcie, że będę się trzymać bezczelnej wersji, że ten tekst jest recenzją, tak jak utrzymuje się, że "Pisiąt tfarzy" jest literaturą, a jego adaptacja melodramatem. Zapraszam do czytania!
"Stwierdziłem, że to co się między nami dzieje nie ma sensu. Za chwilę po prostu wyjebię Cię przez okno"



