SZUKAJCIE A ZNAJDZIECIE

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pięćdziesiąt twarzy Greya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pięćdziesiąt twarzy Greya. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2015

10 filmów o toksycznych relacjach międzyludzkich, które powinniście obejrzeć zamiast "Pięćdziesięciu twarzy Greya".

Przerażający to rekord sprzedaży biletów na jeden bardzo zły film. Nie jest mi nawet w stanie przejść ta liczba przez klawiaturę, czuję jakbym dusił się czytając te liczby. Premiera "Greya" ma jednak swoje dobre strony. Dzięki niej mogę Wam wskazać 10 filmów, które pokazują jak naprawdę wyglądają niezdrowe relacje międzyludzkie. Jakie filmy musicie zobaczyć by pojąć jakie szaleństwo może ogarnąć człowieka na punkcie osobnika płci przeciwnej. Miał być dziś zupełnie inny wpis, ale skorzystam z okazji i zaprezentuję Wam ten, o którego realizacji myślałem od kilku dni. Nie jest to wielce oryginalny pomysł, kilka wpisów w tym klimacie już się w sieci pojawiło, ale w końcu to mój punkt widzenia, który jak mniemam lubicie poznawać już niemal od dwóch lat. No to co? Zapraszam do czytania! 

GORZKIE GODY (Bitter Moon, 1992, reż. Roman Polański)

Przesycony erotyzmem dramat Polańskiego to właściwie już klasyka lat 90. Dwie pary, których losy skrzyżuje podróż luksusowym statkiem staną przed obliczem wielkiej i niebezpiecznej namiętności. Dobór aktorów co najmniej nieoczywisty: epatująca seksapilem Emmanuelle Seigner próbuje uwieść Hugh Granta, a przyglądają się temu Peter Coyote i Kristen Scott Thomas. Znakomita mieszanka melodramatu, thrilleru i erotyku. I to z przesłaniem, które łatwo wywnioskować: niewierność nie popłaca.

sobota, 14 lutego 2015

ZRYTE RECENZJE VOL 12: Pięćdziesiąt powodów, dla których nie ma sensu oglądać "Pięćdziesięciu twarzy Greya".

OKEJ moi drodzy. Wygraliście. Pomad 150 osób na fanpage chciało przeczytać recenzję "najbardziej oczekiwanej premiery tego roku" czy jakoś tak. Z tytułu recenzji możecie wywnioskować, że mi się nie podobało. Z tytułu tej recenzji możecie wywnioskować, że podam Wam 50 powodów by tego "dzieła" nie oglądać. By nie marnować swoich  dwóch cennych  godzin życia (i czterech minut! W tym czasie można całkiem sporo zrobić) na oglądanie ekranizacji opowieści tak niskiego sortu, że powinna leżeć gdzieś między harlekinami, a książką telefoniczną. W postrzeganiu tego "fenomenu" pomaga geneza jego powstania: "Grey" jest przerobionym fanfikiem "Zmierzchu" (dla niewtajemniczonych: opowieść bazująca na danej historii napisana przez fanatyka serii często erotyczna, w tym przypadku za punkt wyjścia posłużyły figle Edka i Belli), która to powieść jest przetoporna i właściwie opowiada o niczym. Tymczasem stoicie przed możliwością zobaczenia bardzo złego filmu na podstawie bardzo złej książki, w której to bohaterowie mizdrzą się do siebie mając miny srających w puszczy kotów. Naprawdę chcecie oglądać produkcję, w której bohaterowie są tak płascy i stereotypowi, że powinni unosić się od podmuchu najsłabszego wiaterku? Naprawdę chcecie obejrzeć filmiszcze, do którego nie przyznaje się środowisko BDSM-owskie, uważając za kłamliwe i płytkie, w najlepszym wypadku nieplanowanie śmieszne? Pozwólcie, że podzielę się z Wami 50 powodami do odpuszczenia sobie seansu. Pozwólcie, że będę się trzymać bezczelnej wersji, że ten tekst jest recenzją, tak jak utrzymuje się, że "Pisiąt tfarzy" jest literaturą, a jego adaptacja melodramatem. Zapraszam do czytania!


"Stwierdziłem, że to co się między nami dzieje nie ma sensu. Za chwilę po prostu wyjebię Cię przez okno"