Jak widzieliście w poprzednim zestawieniu rok 2005 był pełen potężnych, komercyjnych produkcji, boom na adaptacje komiksów trwał w najlepsze, tymczasowo domknięto gwiezdną sagę i obudzono Voldemorta. Człowiek-nietoperz wyfrunął z gniazda, a żywe ponuraki trafiały do rozbawionych zaświatów. Pięć lat wcześniej było dużo poważniej i mroczniej, reżyserzy, którzy obecnie są na piedestale szlifowali warsztaty i zapodawali żywiołowe, zmuszające do myślenia dzieła. Działo dużo i z klasą, zresztą zerknijcie sami!
REQUIEM DLA SNU (Requiem for a Dream, reż. Darren Aronofsky). Jak na drugi pełnometrażowy obraz (pierwszym było znakomite Pi) Aronofsky za przeproszeniem, rozpierdolił kosmos swoją narkotyczną wizją. Znakiem rozpoznawczym jego filmów stały się mocne, wyciskające pot z aktorów i widzów sekwencje finałowe, bezkompromisowe i rzucające na glebę. Co prawda obecnie co niektórzy o wiele chłodniej oceniają Requiem (podejrzewam, że to przez podjarkę młodych i hajp na Leto i jego 30STM), ale ja jestem pod niesłabnącym wrażeniem. Był nokaut i po dziś dzień jest. Szkoda, że reżyser odpłynął wraz z Noem na niezbyt ciekawe wody, liczę na powrót do formy!



